Justyna Kwaśna-Łapisz: mąż zawsze mi mówi "przez ciebie cały kościół ryczy". Pielęgniarka spod Przemyśla w finale "Szansy na sukces"

Kinga Dereniowska
Kinga Dereniowska
Justyna Kwaśna-Łapisz, pielęgniarka spod Przemyśla, w niedzielę zaśpiewa przed całą Polską w finale „Szansy na Sukces”. Kilka dni przed programem rozmawiamy z przyszłą gwiazdą o śpiewaniu, pielęgniarstwie, rodzinie i kulisach muzycznego show.

Czym jest dla Ciebie śpiewanie?
To jest duża część mojego życia. Jakby mi zabrano głos, to nawet nie chcę myśleć... Daje mi to poczucie pewności siebie, energię do życia, zapał, zacięcie. Wiem, że chcę to robić do końca życia. Nie chcę jednak skupiać się na jednej dziedzinie. Stąd poniekąd to pielęgniarstwo i kick-boxing. 

Nie boisz się w czasach pandemii bycia pielęgniarką? Włos mi się jeży na głowie, jak słyszę, co wyprawia się teraz w szpitalach…
Jak ktoś się pisze na taki kierunek, to musi stać twardo  na nogach. 

Z jednej strony medycyna, a z drugiej muzyka?
I medycyna, i muzyka są ze mną od zawsze. Od małego pomagałam innym. Pamiętam, jak tata sobie przeciął palca, to ja go opatrywałam. Zawsze to we mnie siedziało, ale nigdy nie miałam okazji wziąć się za naukę. Był czas na zespoły muzyczne, potem na pracę za granicą. 

I w końcu przyszedł czas na studia?
Natchnął mnie do tego kolega. 

Facet-pielęgniarz? Fajnie.
Wyssał to z mlekiem matki, bo jego mama jest pielęgniarką na wysokim stanowisku. U mnie jest to powołanie. Ja lubię ludziom pomagać. Często „bawię się” w psychologa, terapeutę.  

Śpiewanie to terapia?

Lek dla duszy. Przewrotnie lubię smutne piosenki. W nich bardziej można eksponować uczucia. Ogólnie w życiu bardziej się przejmuję. Jednocześnie próbuję dać innym trochę radości. Jak śpiewam pieśń na ślubach, to robię to tak, że wszyscy płaczą (śmiech). Chcę, by to przeżywali. A mój mąż zawsze mi mówi: przez ciebie cały kościół ryczy, zamiast się cieszyć. A ludzie wolą się wzruszyć, niż słychać oazowych piosenek. Dużo uczuć daję z siebie śpiewając.

 

Piszesz też teksty piosenek?
Bawiłam się w to, ale wiele osób mnie do tego zniechęciło. Myślę, że opieramy się w tych czasach na tym, że ludzie nie  powinni być empatyczni. Raczej zimnokrwiści. A ja czasem bardziej przejmuję się problemami innych, niż swoimi.   

Uważam, że emocje powinniśmy przeżywać. 
Niektórzy tego nie rozumieją. Ludzie wynoszą więcej uczuć negatywnych niż pozytywnych. Ja zaraziłam tą emocjonalnością mojego męża. Mamy swój zespół.  Gramy również na weselach. Często lepiej nie mówić o tym, ponieważ to źle wpływa na nasz image. To tam głównie się rozwijałam przez 8 lat wspólnego grania. 

POLECAMY: Hełm i rogi na głowie. Jak gospodynie z Cieszanowa nagrywały teledysk do przeboju Rolling Stonesów

Słyszę takie historie od wielu wokalistek. Skąd takie nastawienie?
Ludzie śmieją się, że na weselach to nie są muzycy, tylko chałturnicy. Śpiewają byle jak, byle co, byle za co. Muzycy estradowi zarabiają konkretne pieniądze, a my, na dole, ochłapy. 

Kiedyś chałturnicy to była banda przypadkowych ludzi, którym jakoś tam szło. Ludziom po kilku głębszych za wiele to nie przeszkadzało. Teraz na weselach śpiewają ludzie po szkołach muzycznych, którzy sobie w ten sposób  dorabiają. W muzycznym biznesie nie ma miejsca dla wszystkich, a śpiewających jest dużo. I też muszą jeść.

 

Jak uczyłaś się śpiewać?
Nie mam szkoły muzycznej, jedynie ognisko muzyczne. Rozwijałam śpiewanie sama. Gram też  na saksofonie i tu też jestem samoukiem. Sama wiem, co mi odpowiada. 

Co śpiewasz na weselach?
Jestem elastyczna. Lubię każdą muzykę, ale na weselach nie zaśpiewam soulu, czy tego typu piosenek, bo to się nie sprzedaje na takich imprezach, a ja lubię repertuar urozmaicać, a nie śpiewam prosto od deski do deski. Disco polo też się zmieniło, to nie są takie proste utwory typu „Majteczki w kropeczki”. Można te nowe piosenki urozmaicać, np. saksofonem, ale często odchodzi się od grania tego stylu muzyki. Gramy na żywo i po swojemu. Pamiętamy jednak, aby grać tak, aby porwać ludzi, a są oni bardziej wymagający, niż kiedyś. 

Muzyka była w twoim życiu od zawsze?
Tę miłość zaszczepił we mnie tata, który grał na akordeonie. Zawsze to miałam we krwi. Urodziny, rocznice - zawsze towarzyszył nam wtedy  akordeon, gitara. Mnie zawsze kazali śpiewać. Od dziecka świetnie zapamiętywałam teksty piosenek. Potem w zerówce nauczycielka wyczaiła, że mam bardzo donośny głos, który przebijała chór innych dzieci. Miałam też w sobie odwagę, więc brano mnie na różne występy. To się zmieniło w gimnazjum.  

Swój pierwszy zespół miałaś dopiero w liceum?
To byli starsi faceci, którzy grali po weselach, ale to nie było to, czego szukałam. Mało co śpiewałam. Raczej  damskie wokale, których oni nie mogli wyciągać. Zrezygnowałam. Potem próbowałam śpiewać chórze, ale to też nie było to. Postanowiłam znowu wrócić do śpiewania na weselach. Dużo ćwiczyłam wokal w domu. Nie łudziłam się, że ktoś mnie czegoś nauczy, będąc samoukiem muzycznym wokalnym czy instrumentalnym. 

Dlaczego nie zdecydowałaś się pójść do szkoły muzycznej?

Mój były chłopak mnie zniechęcił do studiów muzycznych, bo mówił: co ty, Justyna, będziesz robiła po muzyce? W szkole będziesz uczyć? Wydawało mi się to koszmarem. I nie poszłam. A tu trzeba było spełniać marzenia i przeć do przodu w stronę estrady, a nie pedagogiki.

Teraz szkolisz się pod okiem Magdy Skubisz, która uczyła śpiewać m.in. Arka Kłusowskiego?
Ona mi powiedziała, żebym uciekała z wesel. Porównała mój głos do Arethy Franklin. Według Magdy mam ładne niskie doły, ale dobrze radzę sobie z wysokimi dźwiękami. A weselne śpiewanie sprowadza na złą stronę mocy, bo uczysz się np. zaciągania dźwięków. 

Na co dzień śpiewasz w zespole z mężem?
Tak, poznaliśmy się nawet na jednym z gminnych konkursów muzycznych. Teraz wspólnie muzykujemy. 

Postanowiłaś spróbować swoich szans w  „Szansie na Sukces”. Dlaczego nie w „The Voice”?
Bałam się trochę, że nie poradzę sobie z anglojęzycznym repertuarem, charakterystycznym dla tego show. Zawsze wolałam jednak ten niemiecki. Łatwiej mi „wchodzą” polskie piosenki, ich interpretacja i przekazanie swoich uczuć w śpiewie. Na casting do „Szansy” pojechałam do Rzeszowa, do regionalnego oddziału TVP.   Zaśpiewałam piosenkę Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat”.  Dostałam się. Zadzwonili do mnie z produkcji, czy zgadzam się na odcinek z zespołem Skaldowie. To było wyzwanie, bo nie wiedziałam, czy dam radę „po damsku” zaśpiewać ich piosenki. To też utwory trudne to urozmaicania. 

Poszło ci wspaniale. Wygrałaś odcinek!
Przed nagraniem mogliśmy sobie ćwiczyć na tej scenie, to gdzie stoimy, jak mamy śpiewać. Na próbach czułam się okej. Jak przyszło do odpowiadania na pytania pana Artura Orzecha, to złapał mnie taki stres, że nie czułam nóg (śmiech). Prowadzący pytał o muzykę, śpiewanie z mężem. Czy dzieci muzykują…

A muzykują?
Tak, córka nawet nagrywa w przedszkolu teraz kolędy. 

Jak bliscy zareagowali na występ z telewizji?
Nikomu nie mówiłam, że jadę na przesłuchanie! Mąż wiedział, bo z dziećmi został. Rodzinie powiedziałam, dopiero jak się dostałam. Nie mogłam dużo mówić, bo obowiązywała mnie umowa. Na nagraniu nie mogli mnie wspierać bliscy, przez ograniczenia związane z koronawirusem. Na finał może pojechać ze mną mąż. 

Gdzie na tanie wakacje w 2021 roku?

Wideo

Materiał oryginalny: Justyna Kwaśna-Łapisz: mąż zawsze mi mówi "przez ciebie cały kościół ryczy". Pielęgniarka spod Przemyśla w finale "Szansy na sukces" - Nowiny

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone ze względu na ciszę wyborczą i zostanie włączone po jej zakończeniu.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie